Najprawdziwsza historia śp. Rumburaczka

Po wczorajszym, okropnym wydarzeniu, jakim była śmierć malutkiego, białego króliczka, postanowiliśmy razem z Tomkiem pójść do sklepu porozmawiać z ekspedientkami oraz właścicielem małego zoo.

Przed wejściem zerknęliśmy na króliczki znajdujące się za szybą sklepu. Boże! Następny maluch chory! Jedno spojrzenie po sobie i zdecydowaliśmy - kupujemy maluszka. Podeszliśmy do lady i zaczęliśmy rozmawiać ze sprzedawczynią o nocnym zdarzeniu. Zwróciliśmy także jej uwagę na szarego króliczka z oklejonym pyszczkiem. Pani zbagatelizowała nasze uwagi, powiedziała, że pyszczek mokry od wody. Tomek jednak nie ustąpił. Chciał kupić zwierzątko. Po chwili pani stwierdziła, że rzeczywiście króliś jest chory i oprócz wydzieliny z noska ma jeszcze biegunkę i..., że go nie sprzeda. Obiecała, że następnego dnia zasięgnie porady znajomego weta. Tłumaczyliśmy kobiecie, że do jutra maluch może nie przeżyć, ta jednak nie chciała ustąpić. Tomek zaproponował wysoką cenę za uszatka i pani zaczęła się wahać. W końcu oddała zwierzątko za darmo w zamian za opiekę i wyleczenie.

Wzięliśmy szaraczka i od razu pojechaliśmy do naszego weterynarza. Pan Andrzej załamał się stanem maluszka. Nie dawał szans przeżycia. Jednak po naszych namowach spróbował leczenia. Dał kilka zastrzyków wzmacniających, antybiotyk i nakazał czekać. Mówił, że króliczek jest zbyt młody, by przeżyć, by walczyć z chorobą. My jednak nalegaliśmy.

W domu wsadziliśmy króliczka do pudełeczka po butach (taki był malutki), był niemrawy, nie jadł, nie pił. Włożyłam do pudełka wielki słoik z gorącą wodą i przykryłam całość ręcznikiem, by maluszkowi było ciepło. Na następny dzień, o dziwo, króliś poczuł się lepiej, nawet zaczął skubać sianko.

Cieszyliśmy się jak dzieci. Zaczęła pojawiać się iskierka nadziei, że może przeżyje. Stan malucha poprawiał się z godziny na godzinę. Po trzech dniach nawet zaczął powoli kicać, no po prostu cud. Ciągle nosiliśmy go na rękach, mówiliśmy do niego, maluch rozumiał mimo swych czterech tygodni. Jak tylko usłyszał nasze głosy, kręcił główką, szukając znajomych osób.

Szczęście jednak nie trwało długo, starsza królica zbiła maluszka uszkadzając mu nerw. Rozpacz straszna. Byłam winna kalectwa malucha. Wezwałam lekarza. Po 21.00 przybiegł Pan Andrzej, malec nie mógł ruszać tylnymi łapkami. Nasz wet dał kilka zastrzyków maleństwu, lecz nie dawał szans na przeżycie.

A jednak maluszek trzymał się dzielnie. Nadal ufnie kręcił główką, jak tylko mnie widział. Ciągle go głaskałam, nosić na rękach nie chciałam, bo bałam się, by nie zrobić mu większej krzywdy. Byłam przy nim cały czas. Na następny dzień, po rozmowie z wetem, pojechałam na prześwietlenie. Okazało się, że kręgosłup nie jest uszkodzony i paraliż powinien ustąpić. Tak też się stało, maluszek zaczął ruszać łapkami.

Niestety, biegunka nie chciała ustąpić, była straszna. Malec, oklejony odchodami, cierpiał. Razem z Tomkiem myliśmy malucha, suszyliśmy suszarką. Miał straszne odparzenia, więc Tomek kupił zasypkę dla niemowląt. Króliczek ufał nam jak dziecko, pozwalał na wszystkie zabiegi i cierpliwie je znosił.

Następnego dnia, po południu, kiedy przyszłam ze szkoły, zauważyłam, że Rumburaczek nie czuje się dobrze. Opuchnięty brzuszek, jak balon, strasznie to wyglądało, jakby rozsadzało moje królicze niemowlę. Maluch nadal do mnie garnął, nie chciał jeść, pić, był niemrawy, nie miał siły utrzymać się na łapkach. Zrobiłam mu z sianka podpórkę, ale nic to nie dało. Główka Rumburaczka zaczęła opadać. Straszne! Zadzwoniłam po Tomka, który pojawił się natychmiast. Razem pojechaliśmy do weterynarza.

Maluszek zawinięty w ręcznik, zupełnie nie miał siły. Życie uciekało z niego na naszych oczach. Dusił się. Miał tak wielką wolę życia, że ostatnimi haustami chwytał powietrze, odchylając główkę do tyłu. W pewnym momencie zaczął płakać, w jego krzyku słychać było strach, ból i bezradność, nie miał siły dłużej walczyć z chorobą i zanim dojechaliśmy do lekarza, maluszek pokicał do Krainy Wiecznie Zielonej Łąki.

Weterynarz stwierdził zgon, serduszko przestało bić, a maleństwo przestało się męczyć. Jak się okazało, przyczyną śmierci były beztlenowce oraz zbyt młody wiek króliczka, który został odebrany matce. Układ trawienny u tak młodego zwierzątka nie był przystosowany do króliczej karmy. Rumburaczek potrzebował mleka królicy - matki oraz jej opieki. Niestety, nie było mu to dane. Musiał opuścić gniazdo, by być sprzedanym po jak najwyższej cenie, póki jest mały i słodki.

Nikt na tym nie skorzystał, maluszek stracił życie, a sprzedawca nie zarobił. Wystarczyło by maluch przy matce był jeszcze 4 tygodnie, a wszystko byłoby dobrze, zdrowy króliś i szczęśliwy jego przyszły właściciel.

Dziś już czeka za Tęczowym Mostem na inne ofiary ludzkiego okrucieństwa.

Bea i Tomek

To moja historia

Co się stało? Gdzie jestem? Nie wiem. Coś liże mnie po głowie. Brr, jest mi zimno, a teraz ciepło. Jak dobrze. Zjadłbym coś, co to? Coś różowego, ładnie pachnie - spróbuję. Mniam, smaczne. Po 3 tygodniach dowiedziałem się, że lizała, karmiła, ogrzewała i opiekowała się mną moja mama - króliczek miniaturka. Jaka ona kochana, uczy mnie tego, co każdy dobrze wychowany króliczek wiedzieć powinien. Bo ja właśnie jestem króliczkiem i urodziłem się w hodowli królików.

Dziś jakieś wielkie poruszenie, mama zdenerwowana, przytula mnie do siebie mocniej niż zwykle. Nagle, jakieś ręce zbliżają się do mnie i odciągają od mamy. Mama tupie i warczy, próbuje odgonić dłonie ode mnie. A ja unoszę się, oddalam od gniazda, mama taka malutka na dole została. Nie chcę! Boję się, nie chcę! Próbuję się wyrwać, ale jestem za malutki, by pokonać siłę tych rąk.

Nagle znalazłem się w pudełku, byłem ja i wiele innych króliczków w moim wieku. Jesteśmy sami, więc tulimy się do siebie. Nie ma wody, sianko jakieś niesmaczne, brudne, a przede wszystkim, co najgorsze, nie ma mamy. Jak smutno, źle. W pudle jesteśmy długo. Potem zostałem razem z resztą króliczków przełożony do dużej klatki, znajdującej się w wielkim sklepie. Szukam mamy, może tu się schowała, pewnie bawi się ze mną w chowanego.

To przestaje być śmieszne, chcę mleczka, jestem głodny. Mamo! Nie ma jej. Boli mnie brzuszek, chyba jestem głodny, zjem sianko, może przestanie.

Niestety, już drugi dzień boli mnie brzuch i to zawsze kiedy jem. Chyba przestanę w ogóle jeść i pić. Chcę wrócić do mamy, tęsknię za nią. Przy niej nigdy mnie nic nie bolało. Od wczoraj coś zaczęło mi wypływać z noska i pyszczka. Już zupełnie nie mogę jeść, nie mam siły ruszać pysiem. Posiedzę w kąciku, już mi wszystko jedno.

Dziś ktoś bardzo uważnie przyglądał mi się przez szybę wystawową. Potem pani pracująca w sklepie wzięła mnie na ręce i oglądała. Ciekawe po co? Tak źle się czuję, a ona mnie trzyma i rozmawia z jakimiś ludźmi. Chcą mnie wziąć ze sobą, pani nie chce oddać, mówi, że jestem chory, że mam biegunkę, że nie chcę jeść i jestem osowiały, i w ogóle ona chorego nie może oddać. Małżeństwo przed ladą nie daje za wygraną, biorą mnie ze sobą. Pani, później dowiedziałem się, że ma na imię Beata, wzięła mnie na ręce i przytuliła. Zrobiło mi się ciepło, jakoś dobrze, przyjemnie, błogo.

Wsiedliśmy do samochodu i po kilku minutach znalazłem się w jakimś gabinecie. To weterynarz. Czemu mi się tak przygląda? Kiwa głową, mówi, że nie przeżyję, że jestem za malutki, by żyć samodzielnie, że mój brzuszek musi mieć mleko matki, a nie tylko siano i wodę, że powinienem być z mamą do 8 tygodni. Podoba mi się ten lekarz, mówi prawdę, ja chcę do mamy! Mamo, tak tęsknię do Ciebie.

Beata płacze, prosi, by wet coś zrobił. Dlaczego ona płacze? Nie wiem. Wiem jedno, boję się, ale nie mam siły uciekać, siedzę na zimnym, śliskim stole. Oj, coś mnie zabolało, boli, boli. Nie krzyczę, bo nie umiem, my króliczki nie krzyczymy, bo nasze mamy powtarzają, że nie wypada, że jesteśmy dzielne, więc ja też znoszę ból bez płaczu. Głaszcze i mówi, że to dla mojego dobra, że będę się teraz czuł lepiej. Jak tak mówi, to znaczy, że tak będzie.

Po kilku minutach bierze mnie na ręce i jedziemy do domu. Tu zostałem włożony do pudełeczka, takiego wielkiego po butach. Mam w nim sianko, wodę w miseczce, dobrze, że w miseczce, bo w sklepie do poidełka nigdy nie sięgałem, za malutki byłem. Nie mam jednak ochoty na smakołyki. Czuję się źle, boli mnie brzuszek. Chcę do mamy! Zimno mi. Beata czyta chyba w moich myślach, wkłada do pudełka słoik z gorącą wodą. Ciepło, czuję się prawie tak dobrze, jak z mamą. Dziś chyba nawet pośpię i …zachciało mi się jeść.

Całą noc jadłem sianko i zielone kuleczki, mniam, dobre! Brzuszek już mniej boli. Czuję się nawet dobrze. Beata i Tomek ciągle tulą mnie do siebie, głaszczą, jest mi dobrze. Ciągle jeżdżą ze mną na zastrzyki, po których czuję się lepiej. Dziwne, weterynarz nie jest zadowolony z mojego stanu zdrowia. Beata i Tomek nie rozumieją, ja zresztą też. Przecież czuję się dobrze.

Już piąty dzień jestem u Beaty i Tomka. Dziś czuję się znowu gorzej. Nikogo nie ma w domu, są w pracy. Bardzo boli mnie brzuch, strasznie mi napuchł, twardy. Nie mam siły utrzymać się na nóżkach, słabo mi, chyba mdleję. Przewróciłem się, nie mogę wstać, leżę na pleckach kilka godzin. W końcu jest Beata. Podbiegła do mnie, bierze na ręce, mówi coś z troską, nie uśmiecha się, jest smutna, ale mówi do mnie czule.

Beata płacze, dzwoni do Tomka. Dlaczego ona płacze? Dlaczego nie mogę do niej podejść? Główka mi opada, brakuje mi sił i potwornie boli mnie brzuszek. Wychodzimy z domu, ja owinięty w ręczniczek, Beata cały czas do mnie mówi, tuli, całuje. Jest mi dobrze, choć ból nie mija. O, jest Tomek, bardzo zdenerwowany. Jedziemy do weterynarza.

Jakże źle się czuję, nie mogę oddychać, nie mogę oddychać, nie mogę…boli, boli! Krzyczę. Jaki wstyd przynoszę Ci mamo, ale tak bardzo boli, że nie mogę się powstrzymać. Beata płacze, Tomek powstrzymuje się od łez, jedziemy jak szaleni, boli, boli...

Już nic nie boli, nic nie czuję, gdzie jestem? Jaki śliczny Tęczowy Mostek, pokicam tam.

Beato, Tomku nie idziecie ze mną? Będę za wami tęsknił.

Rumburaczek

Zbyt krótko żyją, by tak cierpieć

Ta historia nie jest długa. Dlaczego? Bo, moi kochani, życie Tych, o których mowa, było króciutkie, ale straszne i pełne cierpienia.

Głównymi bohaterami są: Burasem - baranek, Gwiazdeczka - króliś miniaturka, Maciupek - reksik i Milka - baranek.

W czasie rady pedagogicznej dostałam telefon od Tomka, by pojechać do sklepu, z którym wcześniej mieliśmy niepisaną umowę dotyczącą pomocy zwierzętom, po króliczki. Pani powiedziała, że ktoś je podrzucił, że siedzą w małej klatce, a w sklepie nie mają na nie miejsca. Oczywiście zgodziłam się. Wzięłam maluchy do domu. Okazało się, że króliczki są chore.

Kiedy z pracy przyjechał Tomek, udaliśmy się do weterynarza. Pan Andrzej obejrzał króliczki i stwierdził, że sytuacja nie jest zbyt ciekawa. Jednak zgodził się ratować im życie. Dostały po kilka zastrzyków. Włożyliśmy maluchy do nosidełka i wróciliśmy do domu. Od weta otrzymaliśmy partię zastrzyków, które mieliśmy dawać w określonym terminie. Oczywiście zastrzyki dawał Tomek, bo umiał to robić i miał odwagę wstrzyknąć lek maleństwom wielkości strzykawki.

Pierwszy umarł Burasek, miał silną, krwawą biegunkę. Nie chciał jeść ani pić. Żułam sianko, ale maluch nie mógł przełykać, mimo że bardzo chciał. W pyszczku zostawał nieprzeżuty pokarm. Tomek masował brzuszek, by ulżyć maleństwu. Nie można go było uratować. Umierał na rękach mojego męża. Nie miał siły nawet krzyczeć.

Następnym królikiem, który odszedł, była Gwiazdeczka. Sytuacja była bardzo dziwna, gdyż maluch kicał i jadł. Nic nie wskazywało na to, by króliś miał umrzeć. Pomyliliśmy się. Gwiazdeczka odeszła w ciągu 15 min. i to tak nagle, że byliśmy w szoku.

Nie udało się również uratować Maciupka - maleńkiego reksika, który swobodnie mieścił się na dłoni dziesięciolatka. Podobnie, jak Gwiazdeczka maluch jadł, kicał. Chcieliśmy sobie go zatrzymać i opiekować do końca życia. Niestety, nie udało się ani jemu, ani nam. Maluszek odszedł tuż za Gwiazdeczką, po sześciu godzinach, tuz po powrocie od weta. To było zbyt wiele, jak na nas. Nie mieliśmy siły już płakać.

O ostatniego baranka baliśmy się strasznie, poszliśmy do weta, ale ten nie dawał szans na przeżycie, lecz spróbował leczenia. Postawił wszystko na jedną kartę. Udało się. Baranek Milka żyje z nami już 4 tygodnie, ma się dobrze, dużo je, psoci, ale nie bronimy jej niczego. Jest naszym wychuchanym oczkiem w głowie. Bardzo ją kochamy, mimo że zjada mój ukochany, bujany fotel. Wiele przeszliśmy w ciągu tych kilku tygodni i wiele się nauczyliśmy. Milka, Tomek i ja oraz wspaniały Pan Andrzej - weterynarz.

Kiedy pytaliśmy o przyczyny śmierci maluchów, lekarz odpowiedział, że błędem hodowców i właścicieli sklepów jest zbyt wczesne odbieranie króliczków ich matkom. Cztery tygodnie to zbyt krótko, by dobrze zaczął funkcjonować układ trawienny maleństwa, który potrzebuje mleka matki. Osłabione maluchy atakowane są chorobami, które uśmierciły nasze pociechy - kokcydia i beztlenowce. Nie ma szans na wyleczenie malucha, który ma miesiąc, jest on z góry skazany na śmierć.

Przeżyła tylko Milka. Obiecaliśmy sobie, że ma u nas dożywocie.

Maluszki, które przedwcześnie umarły czekają za Tęczowym Mostem na inne ofiary ludzkiego okrucieństwa, dołączyły do Rumburaka.

Bea i Tomek